Tangeja

Takie coś wypowiedział wczoraj Synosław. Mądry mój chłopczyk, to na pewno coś oznacza. W jakimś języku.

Małż ma urlop. Wróciła ta biedaczyna w piątek z pracy i jako troskliwa żona pytam, czy cieszy się na wolne dwa tygodnie. A on do mnie, że jest bardzo zestresowany. Oj czemuż to dlaczemuż? Bo ZABRONIŁAM MU ZAPIERDZIELAĆ. I on nie wie teraz, jak ma tę rzeczywistość ogarnąć. Następnego dnia, trzymając się roli troskliwej żony zapytałam, czy podoba mu się urlop, czy fajnie jest, milusio? Tak, BO JESTEM MIŁA I NIE KRZYCZĘ. (Ma rację, niech sobie ceni. Nigdy nie wiadomo, co we mnie wstąpi. Ostatnio tak się wnerwiłam na bajzel, który zrobił, że w szale wkurwu na szczoteczkę zamiast pasty nałożyłam peeling do twarzy). Ale czuje niedosyt, bo nic jeszcze nie zrobiliśmy. W sensie: zbyt niski poziom zapierdolu – posprzątanie domu, ugotowanie dwudaniowego obiadu i zakupy przy jednoczesnym ogarnięciu Synosława to zbyt mało do godziny 13. Zrobiliśmy więc porządek z ciuchami Gada, niech coś Małż ma z tego urlopu, bo powie, że zmarnował na spędzaniu miło czasu z rodziną.

Wyjazd w góry zaplanowany jest na czwartek. Polska jest cudna, więc Dzidziutowi oraz kotu chcemy z Małżem to pokazać. Nie dla nas ol inkluziwy, nie dla nas leżenie przy basenie, sączenie drinków, zabawy wymyślane przez animatorów i pewne 40 stopni w cieniu. O nie!

Pakowanie, planowanie, rajcowanie się wyjazdem to proces, który zaczyna się na wiele dni przed wyjazdem. Spodnie długie, krótkie, najkrótsze. Kurtka, sweter, ciepła bluza. Koszulka, top, bikini. Gdzie iść, co zwiedzić, gdzie poleżeć z bebechem do góry. Czy farelka spaliła się ostatecznie i kupić nową? Co jeść, gdzie jeść. Co dla Synosława. Dla kota chrupki, wiadomo. Jak upchnąć 4 osobową rodzinę (w tym kot) w jednym aucie, które jest golfem 4 niekombiakiem. Jak dojechać. Jak się nie zerzygać na tylnym siedzeniu, bo choroba lokomocyjna bardzo. Jak się nie pokłócić sto razy. Jak się nie pozabijać. Jak wrzeszczeć, żeby nikt nie usłyszał. Jak hamować przeklinanie, bo Synosław zna już słowo Tangeja i do JPRDL już blisko. Gdzie dziś jedziemy, czy idziemy, a może poleżymy. Co mówi przewodnik. Gdzie się zgubił kot. Jaka jutro pogoda. Gdzie ta wypożyczalnia rowerów. Jak daleko do biedronki. Zapomnieliśmy dicofloru.

Bo choćbyśmy mieli cały urlop w kurtkach przeciwdeszczowych przechodzić pchając przed sobą wózek, na którym będzie folia ochronna, to będzie najlepiej, bo to nasze pierwsze wakacjowanie w tym składzie.

Bocian robi kleklekle

Bociany wylatują za parę dni. Czyli jesień.

Urlop!
Nie mój, chociaż podobno jestem na urlopie już prawie rok. No ciekawe.
Urlop Małża <3 W końcu będę spała, do której godziny JA chcę, spotkam z koleżankami, przeczytam 1,5 numeru Be Active, pojadę na jakieś dłuższe ciuchowe zakupy, kosmetyczne też, pójdę na spacer nie pchając wózka przed sobą (co wtedy zrobić z rękoma? będę szła z torebką? WOW!), będę miała czas na porządne dorysowanie sobie urody, wywołanie zdjęć, kupienia paru ładnych rzeczy do domu i nie wiem co jeszcze, ale JEST RADOŚĆ!!!

Małż odpocznie wreszcie jako i ja odpoczywam na co dzień będąc na swoim urlopie. I nie ma w tym ani ani ani ani grama chęci jakiegokolwiek odwetu :P

kotka woła się kici kici

Sobota! Jaki piękny cudowny najlepszy na świecie dzień! Po piątku bez Małża, za to calusieńkim spędzonym z Synem Umiłowanym, taka sobota była mi potrzebna. Chyba najlepsza odkąd urodziłam Tego Gada.

Przy całej mojej miłości do tego od kilku dni tylko marudzącego, jojczącego, uczepionego mojej nogi, jednak najcudniejszego, najśliczniejszego, niuniuniuciuciuciu a tititi Stworka, powiedziałam dziś Małżowi: „On jest twój, dziś mnie nie interesuje.” Małż mądry, nie ma co, wiedział od razu co robić. Z samego rana wyszedł z Gadem na dwór i wrócili chwilę przed obiadem. Nawet śniadanie ze sobą zabrał dla niego i poleźli oglądać krowy. I psy.

Za to jaaaa. Oł em dżi jak odpoczęłam!
- upiekłam ciasto
- posprzątałam pokój Synosława
- posprzątałam też pozostałe pokoje z wyjątkiem jednego
- posprzątałam kuchnię
- a także łazienkę
- nastawiłam 4 prania
- wypłukałam wszystkie kwiatki
- jednego wywaliłam (nie żył, nie moja wina)
- ugotowałam obiad
- zrobiłam prasowanie (co tam 27 stopni w domu plus piekarnik na 170)

A na końcu siadłam na dupie z poczuciem, że głowa mi wreszcie odpoczęła od śpiącego aktualnie Synosława. Jedynym problemem jest szczoteczka do zębów Małża, co to wpadła mi do brudnej wody, którą byłam kibel :| Nie wiem, czy lecieć kupić mu nową, wyparzyć starą czy może po prostu być cicho i zapomnieć o sprawie ;)